13: 19
21 maja 2012
kom

21: 39
27 grudnia 2011
kom
JESTEM.
to chyba najważniejsza informacja, którą chcę przekazać. mam nadzieję, że ktoś odbierze ten komunikat i wyśle zwrotny. za długo mnie nie było, by mnie nie było. reasumując i raz jeszcze: j e s t e m.
--------------------------------
sztuka pogodnej rezygnacji.
tak, ale nie z siebie.
tak oto powstaje z miłości do liter, pasji i marzeń - FONT BISTRO.
na razie art projekt. wkrótce (mam nadzieję) biznes.
tym razem nie dam ciała (bo i komu nie ma za bardzo).
p r o m i s e.

12: 30
21 lipca 2011
kom

12: 55
01 maja 2011
kom

14: 21
31 marca 2011
kom

01: 14
30 stycznia 2011
kom
obroniłam się na pięć. (pionierską) pracę dyplomową napisałam na sześć. z tego wszystkiego się rozchorowałam. ze stresu chyba. bolą mnie wszystkie mięśnie. gardło,głowa i dusza. bo w sumie chwilowo nie wiem co dalej. pa pa UW.
dostałam dużo gratsów. miłe to bardzo. dziękuję. kocham Was.
szczególnie dziękuję B. za wszystko. za wielką pomoc i wsparcie w tym trudnym, nerwowym czasie.
wróciliśmy z B. z Berlina. było zimno, buro i ponuro. jak u nas. najfajniejsza była kaczka w mango i lamb, też w mango. ogólnie jedzenie to chyba zawsze (obok zakupów i fotografowania ulicznej typografii) mój ulubiony punkt każdej wyprawy zagranico. tym razem także.
spędziliśmy w Berlę pięć dni. minęło jak pejczem czasnąć. najbardziej podobało mi się, że byliśmy przez ten czas ciągle razem. reasumując. mogliśmy spędzić te 5 dni nawet w Częstochowie, a pewnie byłabym tak samo kontent.
ja prawie ciągle sapałam, że zimno, że głodna, że zmęczona, że nóżki bolą, a B. dzielnie to znosił, będąc bardzo dobrym gps'em. nade szkoda, że nie zmotoryzowanym, bo prawdziwy talent rajdowo-kartograficzny się marnuje.
zwiedziliśmy "prawie" wszystkie stacje u-bahn, odwiedziliśmy też kilka s-bahn. komunikację miejską mamy więc (w stolicy germańskich najeźdźców) obcykaną. latem mogłabym tam wrócić. zimą - nie dziękuję.
teraz nie (z)godzę się na żaden wyjazd, jeśli nie dostanę gwarancji temperatury co najmniej +5.
a. no i Mój Kochany Organizator zrobił mi niespodziankę wynajmując piękne, jasne, białe mieszkanie, w prawie samym centrum Berlina. (przez to teraz mam fazę pomalowania wszystkiego na biało).
Danke Darling, i wracaj już z tego Angouleme, bo tęsknię. no.

* * *
za dużo rzeczy mnie interesuje. nie umiem tego zmienić. co gorsze pole moich zainteresowań ciągle obradza. mam nawet wrażenie, że może nawet trochę zarasta chwastami. no bo czy można interesować się wszystkim? reklamą, baloniarstwem, brandingiem, kuchnią molekularną, typografią, filmem, biznesem, komiksem, marketingiem, stepowaniem, pisaniem, designem, fotografią, gastronomią, sztuką? a to i tak jeszcze nie koniec...
chyba muszę się ogolić z tego namiaru. bo zarosnę!

23: 03
22 listopada 2010
kom
uwielbiam swoją nową szkołę. szczególnie angielski- język B. Obamy. niektórzy na nim rysują (na angielskim, nie na Baracku [werbel]), inni wciągają tabakę, podczas gdy reszta rozmawia z wykładowcą o "hard, good fucking" i życiu w Kaliforni lat siedemdziesiątych. fun.
myślałam, że już żaden szczebel edukacji mnie nie zaskoczy. zaskoczył.
koncert hipnotyzującego brass ansambl- było bardzo fajno. d a n k e!
niestety znowu upycham w siebie słodycze. bardzo dobrze wchodzą i bardzo dobrze smakują. znowu zaczyna to widać... szczególnie miło wspominam pakiet, który własnogębnie oszamałam - Fantasia di Toscana.
Drogie Niedowiarki - TAK, chodzę na tap. tap dance(step amerykański). dwa razy w tygodniu walę w podłogę. posttreningowe spacerki po okolicznej Starówce są czadowe.
czytam (kolejną) wspaniałą knigę o Lennonie. to chyba najlepsza książka o Johnie na świecie. serio.
(z tego miejsca raz jeszcze pięknie dziękuję Rozpieszczaczowi ;)
a na koniec trochę optymizmu. YES. We Can.
kissi,
koczka
22: 39
30 października 2010
kom
Jest tak - wybieram życie monomultimedialne.
zrywam z facebookiem. wracam do bloga. ale powoli. naiwnie obawiam się, że sobie z tym nie poradzi.
to nie był idealny związek. spędziłam z nim mnóstwo czasu. nie dojadałam, nie dosypiałam. w ogóle to uważam, że jest nudziarzem. owszem mieliśmy wielu wspólnych znajomych i zainteresowania. na początku było świetnie - "lubiłam to!", mimo, że on miał inne i innych. bezczelna poligamia. nic mi do tego...
poza tym wyrosłam już z czasów, gdy imponowała mi obecność mojego
chłopaka w gazetach, a i jego ojciec jako najmłodszy miliarder świata
przestał robić na mnie wrażenie. nawet to, że David Fincher zrobił o nim
świetny film totalnie nie ratuje sytuacji.
nie potrafił gotować, nie zabierał mnie do kina, nie miał prawa jazdy. nie mył się, nie przeklinał i nie dzwonił.
to nie jest życie. życie jest gdzie indziej, pod innym adresem, pod inną domeną.
ale najważniejsze to w miarę wcześnie to rozkodować i przenieść się na inny serwer.
zmieniam status związku. serwus.

21: 56
21 września 2010
kom
niezły mikser.
24 to wcale nie jest dużo. lat. złotych. dolarów czy funtów też. zębów czy metrów kwadratowych.
24 to bardzo mało. 24 godziny to BARDZO MAŁO.
na życie, jedzenie, pracę, szkołę, obronę, miłość, przyjaźń, depilację, mycie zębów, rower, pisanie bloga/ów, chwalenie bogów. to też za mało na spanie, zakupy, gotowanie czy malowanie paznokci. o innych snobistycznych czynnościach jak kąpiel z pianką na dwa palce nawet nie śnię, bo jak wspomniałam i na sen nie mam czasu.
"kiedy się spotkamy? kiedy się bronisz? co robisz? jesteś jeszcze z...? byłaś tu? co robisz jutro? a za tydzień? a za miesiąc? może zjemy obiad? a może na food film fest pójdziemy? nadal mieszkasz na wsi?! kiedy kawa? czemu się nie odzywasz?"
odpowiadam. nie wiem/nie mam czasu. jeśli chcesz mnie zobaczyć, zapraszam do obejrzenia mojej japy - bo tak wyglądam teraz. możesz też wysłać mi swoje zdjęcie. to będzie jakbyśmy się widzieli/widziały.
zaczęłam nową szkołę. na pierwszych zajęciach rysowałam... ekhm... ciosałam ołówkiem na papierze m i k s e r.
dziwnie było. nawet fajnie, ale na Ursynowie jest za dużo krzyży jak dla mnie. dowiedziałam się także, że przypominam z profilu (nie facebookowego) Weronikę Książkiewicz. kto to taki? zapytaj ciocię wyszukiwarkę.
wkręcam się w virale, social media'le i takie takie.
c o m i c r o i d s rośnie.
nieustannie spisuję dialogi. uważajcie, co i jak mówicie przy mnie. mam czułe uszko. nie to, że kiedyś to wykorzystam przeciwko Wam. nie krępujcie się. mówcie przy mnie, mówcie do mnie. ja posłucham i podsłucham i zapiszę.
pochwalę się: w T a i n t e d jest dedykacja dla mnie (tak przynajmniej mi się wydaje ;)
i co najgorsze. lubię chodzić do pracy. najlepiej na obcasach. uwielbiam codziennie przeciągnąć swoje zwłoki po chodniku Nowego Światu. jest okazja pojeść na mieście. wyrwać się z kimś na lanczyk, pójść do Vincenta na kruasą. jest fajnie.
żyć szybko, umierać młodo.
tak pięknie jest.
sezon jesień/zima zaczęty z radościo.
21: 23
23 sierpnia 2010
kom
Nieznany grafik/ilustrator opatrzył tekst Jacka Żakowskiego (w Polityce) ciekawym 'kolażem'. Przypadkowo dosyć podobnym stylistycznie do mojej "gry strategicznej' z przed kilkunastu dni. Tym większa szkoda, że nie ma ani śladu po nazwisku tego płodnego Twórcy. Nie wiem co sądzić o podobnych sprawach. Nawet jeśli nie są (żywcem) ściągnięte, a po prostu trochę później wymyślone, to zawsze trochę piecze, bo "przecież ja wpadłem/wpadłam na to wcześniej!". Ale w dzisiejszych czasach nikogo to nie obchodzi. Może mnie też nie powinno. 
19: 29
13 sierpnia 2010
kom
Still zagranico.
nigdy jeszcze nie żyłam tak intensywnie. prawie codziennie wchodzę o 9 i wracam po północy.
chodzę, żyję, poznaję.
zajadam - uwielbiam jeść na mieście!
znowu mi odwala faza 'kolekcjoner butów'.
wczoraj jadłam fenomenalny krem szparagowy.
nowi ludzie. fajni ludzie. starzy ludzie.
i Jędrek do mnie napisał ;)
the comic roids project się dzieje.
bajki dla dzieci - coś co muszę dokończyć zanim umrę.
tak, napiszę kiedyś scenariusz fullmetrażowy. muszę.
nowa szkoła. nowe wyzwania.
jest dobrze. bardzo dobrze!
nie traćmy tempa, nie traćmy tempa!
i wysokości. co raz częściej na szpilkach.
z m i a n y, z m i a n y, z m i a n y.
23: 01
03 sierpnia 2010
kom
Jezu, Jezu, Krasny Jezu, dlaczego Przekrój nie chce moich kolaży... 
20: 00
03 sierpnia 2010
kom
Zapraszamy do rozgrywek fair play.
Dyscyplina: (i tak w) kółko i krzyżyk
20: 21
01 sierpnia 2010
kom
01: 08
22 lipca 2010
kom

końca dobiega moja Prowansja. nie odwiedziłam żadnego z planowanych miast (Cannes, Arles, Monte Carlo, Nicea, St Tropez), odwiedziłam masę miejsc, których nie planowałam (Roussillion, Avignon, Gordes, Gargas, Coustellet, Sault, Oppede, Lacoste, Aix-En-Provence i Marsylię). nie poleciałam balonem - bo najbliższy możliwy lot był 27-go lipca. jadłam za to escargots i cuisses de grenouilles. i oczywiście pieczywo, które faktycznie jest tu niekulawe.
owszem, kwitnąca tam i owam lawenda to niby wizytówka Prowansji, ale wcale nie ma jej tu tak dużo. trzeba się nieźle najedździć żeby ją znaleźć. albo po prostu wiedzieć gdzie jej szukać.
tyle o świeżej lawnedzie. teraz chwilę o suchej, albo sztucznej.
otóż tutaj lawenda lawendą lawendę pogania. w każdym sklepie suszona lawenda, obrusy z lawendowym motywem, magnesy, fioletowe pocztówki, mydła, naparstki, kubki i ręczniki. słowem - jest w s z ę d z i e.
aż dziw, że nie jest tu środkiem płatniczym...
ale do meritum. Boulangerie rzeczywiście są urocze i pełne astralnie zmysłowych doznań. odkyłam dzisiaj ciastko lawendowe i muszę powiedzieć, że jest przekozackie. dziwne, pyszne, maślane i lawendowe. co ciekawe - mimo wszystko nie fioletowe.
z bardziej odkrywczych spraw - poznałam dość dobitnie wspaniałe możliwości mojego instaxa fuji i efektami na pewno podzielę się po dokonaniu skanów po powrocie.
oraz
chyba polubiłam golfa (ale nie Volkswagena). jak wrócę zastanowię się nad tym jak bardzo go polubiłam i może coś z tym zrobię...
no bo wiem już co to green, fairway, par, wood i może nawet jeszcze coś... szkoda by ta wiedza marnowała się jedynie na teoretycznym polu (golfowym)... zawsze uważałam, że to nudny sport dla snobów. więc albo to nie tak, albo stałam się nudnym snobem.
idę spać. z fairwaya prosto na green. d o b r a n o c k i.
